Dziewczynki i kosmetyki. Co nowy raport mówi o rynku beauty wśród 10-latek
Ujędrniająca maseczka ze słodkim koalą na opakowaniu. Wieczorny „skincare” w kilku krokach. Wspólne wyjścia do drogerii po szkole. Tak dziś wygląda codzienność wielu 10-latek. Przeczytałam nowy raport Fundacji Kosmos dla Dziewczynek i chcę Wam pokazać, co z niego wynika, także dla nas, dorosłych.
Co pokazał raport
W maju 2026 roku 20 dziewczynek w wieku od 10 do 12 lat spotkało się w Warszawie na czwartej Dziewczyńskiej Debacie. Temat wybrały same: w konsultacjach wzięło udział 112 dziewczynek i to właśnie kosmetyki zebrały najwięcej głosów.
Warto wiedzieć, że to raport partycypacyjny, a nie badanie naukowe. Pokazuje głosy konkretnych dziewczynek, nie statystykę dla całej Polski. Ale to, co mówią, jest bardzo wyraźne:
- na pielęgnację poświęcają od 10 minut do godziny dziennie,
- część robi „skincare” raz, dwa, a nawet trzy razy dziennie, z tonikiem, serum, kremem i maseczką,
- po szkole chodzą razem do drogerii oglądać nowości i promocje,
- na nocowankach robią sobie maseczki, płatki pod oczy i makijaż,
- pierwsze kosmetyki najczęściej kupowała im mama, ale wiedzę czerpią głównie z internetu: YouTube’a, Pinteresta i od influencerek.
I jeszcze jedno, co mnie poruszyło. Dziewczynki mówiły, że w domu rzadko rozmawia się o tym, po co jest pielęgnacja, od kiedy się malować i jak reklama wpływa na ich wybory.

Język branży w ustach 10-latek
Dziewczynki z raportu mówią o „dobrych składach”, „sprawdzonych produktach”, „kosmetykach do młodej skóry” i „niedoskonałościach”. Jednocześnie rzadko widzą siebie jako odbiorczynie reklamy.
Kiedy słyszę taki język u 10-latki, słyszę dwie rzeczy naraz. Te dziewczynki naprawdę chcą wybierać dobrze i to jest piękne. Ale słowa, których używają, ktoś im podał. To hasła z półek drogerii i z filmików. Dziecko je powtarza, bo brzmią mądrze i dają poczucie kontroli. Stają się też argumentem w rozmowie z rodzicem: „wiem, co robię, sprawdziłam”.
Dla mnie to przede wszystkim sygnał, jak skutecznie działa marketing. Skoro 10-latka mówi językiem reklamy, to reklama dotarła do niej wcześniej, niż ktoś dorosły zdążył z nią o tym porozmawiać.
Co właściwie znaczy, że 10-latka „zna się na składach”? Najczęściej to, że rozpoznaje kilka nazw: kwas hialuronowy, niacynamid, „bez parabenów”, i wie, które uchodzą za dobre, a które za złe. To wiedza o słowach. Żeby ocenić produkt, trzeba rozumieć możliwe stężenie składnika, jego miejsce w formule, połączenie z innymi substancjami i przede wszystkim potrzeby własnej skóry. Z tym mają kłopot dorośli, którzy czytają etykiety od lat. W moim zespole składy oceniają kosmetolożki i nawet one przy niektórych formułach muszą o nich dyskutować.
Do tego dziewczynki opierają się na wiedzy twórców internetowych, a nie każdy z nich podaje sprawdzone informacje. Trudno im też zauważyć, że produkt polecany przez kogoś w sieci wcale nie musi sprawdzić się u nich, bo mają inną cerę, inne potrzeby i inny wiek.
Jak rynek mówi do dzieci, nie mówiąc wprost
Żadna marka nie pisze na opakowaniu „dla 10-latek”. A jednak raport pokazuje, że dziewczynki są dla branży beauty realnymi, zaangażowanymi klientkami. Jak to się dzieje?
Opakowanie mówi do kogoś innego niż formuła. W raporcie pojawia się ujędrniająca maseczka ze słodkim koalą. Ujędrnianie czy wygładzanie zmarszczek to odpowiedź na potrzeby dojrzałej skóry. Jeśli taki produkt wygląda jak zabawka, to sygnał, że ktoś liczy na młodszą klientkę. Inne sygnały to zwierzątka, jednorožce, pastelowe kolory i brokat, cukierkowe zapachy, opakowania w kształcie lodów czy babeczek oraz mini formaty w cenie kieszonkowego.
Emocje zamiast funkcji. Dziewczynki są szczególnie wrażliwe na mystery boxy i blind boxy, edycje limitowane i promocje. Jedna z nich mówi wprost, że „trzeba być czujnym”, bo takie boxy pojawiają się rzadko. To mechanizm znany z gier i kart kolekcjonerskich: niespodzianka, rzadkość, kolekcja, presja czasu. Dziecko kupuje przeżycie odpakowania i to, że ma coś, czego inni jeszcze nie mają. W raporcie pojawia się też aplikacja jednej z drogerii, w której „zdmuchuje się pianę” i dostaje kolejne niespodzianki i kupony.
Porada, która jest sprzedażą. Influencerka mówi jak starsza koleżanka, pokazuje swoją łazienkę i swoją rutynę. Oznaczenie współpracy bywa małe albo znika po sekundzie. Dziewczynki wspominają też reklamy kosmetyków, które wyświetlają się kilka razy w trakcie gier online.
Kosmetyki jako bilet do grupy. Z wypowiedzi dziewczynek wynika, że wiedza o kosmetykach działa jak kompetencja społeczna. Pomaga wejść do grupy, ale może też z niej wykluczyć, kiedy kogoś kosmetyki nie interesują albo nie może sobie pozwolić na droższe zakupy.
Na koniec dziewczynki przypominają jeszcze jedno: wiele z nich mówi o pięknie bez makijażu i akceptacji siebie, a jednocześnie o „niedoskonałościach”, które trzeba ukrywać. To dwa sprzeczne przekazy, które docierają do nich naraz.
Wiedza o składach nie chroni przed marketingiem

To chyba najważniejsza myśl, z którą zostałam po lekturze raportu.
Wiedza o składach pomaga wybrać między produktami. Przed samą chęcią kupowania nie chroni. Można świetnie porównać trzy sera i nie zapytać siebie, po co mi czwarte. Marketing najpierw buduje przekonanie, że coś jest potrzebne, a wybór konkretnego słoiczka to już ostatni krok.
W raporcie dziewczynki mówią o pielęgnacji jako o „czasie dla siebie”. To zdanie od lat słyszymy w reklamach kierowanych do dorosłych kobiet. 11-latka może dokładnie wiedzieć, co jest w jej toniku, i nie zauważyć, że potrzebę wieczornego rytuału z kilku kroków ktoś jej wcześniej opowiedział. Zresztą gdy dziewczynki wyobrażały sobie świat bez kosmetyków, jedna z nich powiedziała: „Byłoby nam dużo łatwiej, bo zyskałybyśmy 20 minut przed wyjściem z domu”.
I muszę tu być uczciwa wobec własnej pracy. Uczenie wyłapywania „dobrych” i „złych” składników ma ciemną stronę. Daje poczucie eksperckości, które łatwo zamienić w kolejny argument zakupowy: „ma niacynamid, więc muszę go mieć”. Dlatego w Czytamy Etykiety staramy się uczyć kolejności: najpierw pytanie, czy tego potrzebuję i po co, dopiero potem skład. U dzieci ta kolejność jest jeszcze ważniejsza. Zanim 11-latka nauczy się czytać INCI, powinna wiedzieć, że jej skóra zwykle potrzebuje bardzo niewiele.
Sama lista INCI zresztą wszystkiego nie mówi. Pokazuje, jakie składniki są w produkcie i w jakiej kolejności, ale nie podaje dokładnych stężeń. Nie powie też, jak formuła zadziała na konkretną skórę ani czy dziecko w ogóle tego kosmetyku potrzebuje.
Mity, które dzieci przejmują najłatwiej
Dziewczynki z raportu radzą, żeby wybierać kosmetyki „z naturalnymi składnikami” i „z certyfikatami”. Brzmi rozsądnie. Problem w tym, że żadna nie podała nazwy konkretnego certyfikatu.
„Naturalny” nie znaczy bezpieczniejszy. To słowo nie ma w przepisach kosmetycznych jednej definicji, więc producent może tak nazwać bardzo różne formuły. A natura bywa drażniąca. Olejki eteryczne czy niektóre ekstrakty roślinne należą do częstszych przyczyn uczuleń, szczególnie na delikatnej skórze dziecka. Z kolei wiele składników syntetycznych jest dobrze przebadanych i łagodnych.
„Certyfikowany” uspokaja, ale niewiele mówi. Certyfikat potwierdza spełnienie określonych wymagań, ale tylko tych, które obejmuje dany standard. COSMOS czy NATRUE odnoszą się m.in. do naturalności składników, ich pochodzenia i sposobu przetwarzania. Leaping Bunny dotyczy polityki testowania na zwierzętach. Żaden z tych znaków nie mówi, że kosmetyk jest odpowiedni dla 11-latki. A hasła „testowany dermatologicznie” czy „hipoalergiczny” w ogóle nie są certyfikatami, choć łatwo je tak odebrać.
„Clean”, „dobry skład”, „dla młodej skóry” to hasła bez definicji. „Dla młodej skóry” brzmi jak informacja o wieku, a najczęściej chodzi o skórę nastolatek i młodych kobiet. 11-latka słyszy w tym „dla mnie”.
Inne mity, które dzieci przejmują najszybciej:
- „chemia” to coś złego (a chemią jest wszystko, także woda),
- krótki skład jest zawsze lepszy,
- „bez parabenów” albo „bez silikonów” znaczy zdrowszy,
- droższy kosmetyk działa lepiej,
- im więcej kroków pielęgnacji, tym lepiej,
- jeśli szczypie, to działa.

Co może zrobić rodzic, gdy córka mówi: „Potrzebuję tego serum”
Wyobraź sobie taką scenę. Przychodzi 11-letnia córka i mówi: „Potrzebuję tego serum, ma dobry skład, widziałam je u influencerki”. Co zrobić, jeśli sama nie znasz się na kosmetykach?
Nie zaczynałabym od składu. Zaczęłabym od rozmowy: po co ci to serum, co chcesz zmienić w swojej skórze, czy coś ci przeszkadza? Często okazuje się, że skóra jest w porządku, a potrzeba wzięła się z filmiku.
Potem trzy proste sprawdzenia:
- Co obiecuje producent. Ujędrnianie czy wygładzanie zmarszczek to nie są problemy 11-latki.
- Czy w składzie są mocne składniki aktywne: retinoidy, mocne kwasy (glikolowy, salicylowy, mlekowy) albo wysokie stężenia substancji aktywnych. Wprowadzone bez potrzeby i bez porady specjalisty mogą po prostu podraźnić skórę.
- Czy produkt jest mocno perfumowany. Zapach to jedna z częstszych przyczyn uczuleń.
Warto też razem z córką sprawdzić, czy pod filmikiem jest oznaczenie współpracy. Prosty test, którego można ją nauczyć: czy na końcu tej porady jest konkretny produkt do kupienia, kod rabatowy albo link? Jeśli tak, to może być sprzedaż, nawet jeśli brzmi jak rada koleżanki.
A gdy pojawia się realny problem, na przykład trądzik, lepszym adresem niż influencerka jest dermatolog. Sam zakaz bez rozmowy często przenosi zakupy do koleżanki albo do drugiego rodzica, co zresztą widać w raporcie.
Czego nauczyć dziewczynkę, żeby była świadomą konsumentką
Więcej nazw składników niewiele 10-latce da. Dużo więcej daje kilka prostych zasad:
- Skóra w tym wieku potrzebuje niewiele: łagodnego mycia, kremu, gdy jest sucha, i ochrony przed słońcem. Wszystko ponad to jest dodatkiem.
- Kosmetyk ma rozwiązywać problem. Jeśli problemu nie ma, nie ma też potrzeby zakupu.
- Hasło na opakowaniu to obietnica sprzedawcy. Informację daje skład i rzeczywiste przeznaczenie produktu.
- Za każdym filmikiem warto zapytać: kto na tym zarabia?
- Pryszcz w tym wieku to normalna część dojrzewania. Słowo „niedoskonałość” wymyśliła branża.
- Nie trzeba interesować się kosmetykami, żeby należeć do grupy.
Świadoma konsumentka umie powiedzieć: nie potrzebuję tego. Bez tej umiejętności duża wiedza o kosmetykach oznacza po prostu sprawniejsze kupowanie.
Dziewczynki z raportu same podpowiadają, czego im brakuje: „Fajnie by było mieć w szkole zajęcia o tym, jak działa reklama, żeby ktoś nam nie wciskał „jakiegoś dziadostwa””. I zostawiają dorosłym bardzo proste zdanie: „Dorośli, nie każcie dzieciom się malować”.
Zgadzam się z Fundacją, że nie da się tego zrzucić tylko na rodziców i same dzieci. Odpowiedzialność za przekaz kierowany do 10-latek leży też po stronie marek i drogerii. Młode klientki to dla nich atrakcyjna grupa, a pokusa, żeby to wykorzystać, jest duża. Dlatego dobrze, że Fundacja zbiera przykłady takich praktyk i chce rozmawiać o zmianach z producentami, sklepami, platformami i UOKiK.
A u Was? Zauważacie, że kosmetyki pojawiają się w życiu Waszych córek, siostrzenic czy uczennic coraz wcześniej? Dajcie znać w komentarzu.
Źródło
Raport Fundacji Kosmos dla Dziewczynek „Dziewczynki i kosmetyki” (2026), opracowany na podstawie IV Dziewczyńskiej Debaty: kosmosdladziewczynek.pl. Jeśli widzisz nieetyczne reklamy kosmetyków skierowane do dziewczynek, możesz je zgłosić w formularzu Fundacji „Tropicielka reklam”.

Agnieszka Pocztarska
Od 11 lat uczę, jak czytać etykiety produktów spożywczych i kosmetycznych, żeby wybierać świadomie, nie idealnie. Nie jestem dietetyczką ani kosmetolożką. Jestem kimś, kto zadaje niewygodne pytania producentom i uczy Cię zadawać je samodzielnie. W tym, co piszę, towarzyszą mi eksperci, z którymi na co dzień współpracuję, dietetycy i kosmetolodzy, którzy pilnują, żeby każda treść była rzetelna. Piszę dla tych wszystkich, którzy nie mają wystarczającej wiedzy, dla osób, które nie mają czasu na czytanie całych składów, ale chcą podejmować dobre decyzje. Nie idealnie. Świadomie.
